LUDZIE

Zanim ruszymy w drogę - sponsor poszukiwany!

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Dzik

2 sierpnia 2016

Zdobywanie finansów, sprzętu, pogłębianie wiedzy o celu ekspedycji, wizy, pozwolenia, transport, łączność... Wszystko przed podróżą naszego życia jest niezwykle istotne. Pamiętajmy tylko, żeby nie zabrały nam czasu przeznaczonego na trening. Ale jeśli zostaną i one zaniedbane - srodze się na nas zemszczą.

Zacznijmy zatem od pieniędzy, bez których nawet najlepiej przygotowani, w najlepszym zespole i na perfekcyjnie dobrany cel, się nie wybierzemy. Owszem, koszty można minimalizować, a Polacy w sposobie podróżowania zwanym przeze mnie „menelingiem", bywają mistrzami. Sama nieraz się dziwię, jak potrafię upchnąć w kieszeniach, butach i rękawach 20 kg nadbagażu! Jednak w przypadku wielu rodzajów wyjazdów o charakterze wyczynowo-sportowym, oszczędności są możliwe tylko w ograniczonym zakresie.

„Niskobudżetowość" nie zawsze jest też czymś godnym pochwały. Jej efektem bywa nieraz zaniedbanie kwestii kluczowych dla bezpieczeństwa wyprawy, takich jak choćby odpowiedni sprzęt czy ubezpieczenie. Może ponadto skreślić szanse na powodzenie ekspedycji, jeśli np. pod wymarzoną ścianę dotrzemy wykończeni podróżą na stopa i trekkingiem z 40-kilogramowym plecakiem.

Czasem ceny wyjazdu obniżyć się nie da, gdyż dostępu do naszego celu bronią wielorakie formalności, trudności logistyczne, bądź też jest on popularny i medialny, bo jest najwyższy, najdłuższy, najgłębszy itd. Na ośmiotysięcznik niskobudżetowo nie pojedziemy. Cóż więc robić? Odpowiedź jest podobna jak w przypadku treningu: ciężka praca i wyrzeczenia. Himalaista z tytułem doktora, malujący kominy czy odśnieżający dachy, to nie zapomniany obrazek z lat PRL-u, lecz szara rzeczywistość. Jednak praca to nie tylko zarobkowanie i oszczędzanie. Mam tu na myśli także pracę ze sponsorami i mediami.

Na sponsoring finansowy trzeba sobie zasłużyć. Z jednej strony konkretnymi osiągnięciami w danej dziedzinie, z drugiej umiejętnością promowania tego, co robimy i tych, którzy nas w tym wspomagają. Wraz ze wzrostem naszych dokonań, rosnąć będzie zainteresowanie sponsorami. Z kolei im bardziej będziemy rozpoznawalni, tym chętniej i więcej zechce zainwestować w nas potencjalny sponsor. Dzięki sponsoringowi będziemy mogli więcej zdziałać i więcej ludzi o tym usłyszy. Pojawimy się w poważniejszych mediach. Usatysfakcjonowany sponsor przekaże pozytywną opinię o nas swoim kolegom z branży i może kolejnym wyjazdem uda nam się zainteresować potężniejszą firmę. I tak dalej.

Zanim jednak ta pozytywna spirala się rozkręci, minie sporo czasu i czeka nas, znowu, wiele pracy. Planując swój pierwszy wysokogórski wyjazd, na przykład letnie wejście turystyczne na Elbrus, nie traćmy czasu i pieniędzy na „uderzanie na ślepo" do wielkich korporacji. Również próby zainteresowania naszym projektem ogólnopolskich mediów to daremny trud. Porozmawiajmy raczej o zniżkach w zaprzyjaźnionym sklepie ze sprzętem. O patronat medialny poprośmy lokalną gazetę. Po powrocie zorganizujmy pokaz slajdów lub wystawę zdjęć w klubie czy na uczelni, nie zapominając o zamieszczeniu logotypu wspomnianego sklepiku czy gazety. Dalej, jeśli rzeczywiście jesteśmy mocni i osiągamy coraz większe sukcesy, wszystko powoli potoczy się w dobrym kierunku.

Na więcej szczęścia mogą liczyć ci, którzy we wspomnianych wielkich firmach bądź mediach pracują. Tu, jeśli postawy wobec naszego wyjazdu są przychylne, staranie się o pieniądze czy np. możliwość realizacji filmu z ekspedycji, jest jak najbardziej na miejscu i ma szanse powodzenia, nawet jeśli nasze plany nie są wielkim wyczynem sportowym. Jednak angażującą czasowo pracę z ekstremalnymi podróżami godzić da się tylko do czasu i prędzej czy później stanąć możemy przed wyborem: praca albo pasja. Decyzja w takiej sytuacji jest raczej oczywista.